Inne akcje
Pierwsze czytanie jest tak oczywiste, że aż nie wypada go komentować, wystarczy go literalnie zastosować.
Rozerwać kajdany zła. Jesteśmy na tyle odpowiedzialni, że sami sobie musimy odpowiedzieć, co dla mnie jest kajdanem, co muszę rozerwać. Bo Pan Bóg na tyle nam ufa i tak nas wspaniale wyposażył, że jesteśmy w stanie to pojąć, rozważyć i zastosować. I to nie jest mistrzostwo świata, żeby odkryć, że poszczenie tylko zewnętrznie Panu Bogu do końca się nie podoba, że to nie jest clue postu jako takiego.
Z tego czytania chciałem wyjąć, kontynuując wczorajszą naukę, "Pościliśmy, a Tyś tego nie uznał, wołaliśmy, a Ty milczałeś". I z Ewangelii "Zabrał im Pana młodego". To w kontekście tego, kiedy spada na nas jakieś niezasłużone nieszczęście i nam wydaje się, że Pan Bóg nas opuścił i zostawił. Jak powiedzieliśmy wcześniej, pomimo szalejących emocji należy zrobić matematyczne założenie, że Pan Bóg z nami jest i nas kocha bardzo odpowiedzialną miłością. Bez względu na to, czy nam się życie wali, czy nie. On jest stały, on jest niezmienny. To my bywamy zmienni. On nie. I to jest założenie. Jak podkreślam, rozumowo jesteśmy w stanie to przyjąć. Emocjonalnie trudniej. Ale kiedy spadają na nas nieszczęście, musimy się niejako wziąć za uzdę i cały czas sobie to powtarzać i wbijać do głowy, bo inaczej po prostu przestaniemy mu ufać i zwariujemy.
I dalej do tej kwestii przekazywania prawdy. Chociażby naszym najbliższym, czy nam samym. Gdybyście Państwo pomyśleli o sobie i o swoim ciężkim zachorowaniu, to raczej byście chcieli wiedzieć, na co jesteście chorzy. Bo chcielibyście pokierować swoim życiem, bo macie do tego znowu głęboko ludzkie prawo. To przekazywanie prawdy nie jest sztuką dla sztuki. Ono ma na celu ochronę godności człowieka. Bo jeżeli choremu ciężko, nie powiemy, że jest tak naprawdę ciężko chory, to on może przede wszystkim stracić do nas zaufanie. Jak często się zdarza, pokażę to na bardzo prostym przykładzie.
Pacjentka około 40-letnia, jak to się mówi, śródoperacyjnie otworzona i zamknięta. Świadoma na przykład nowotworu jelita grubego, pokładająca ogromną nadzieję w tej operacji. W USG widzimy podniedrożność albo niedrożność tego jelita, po prostu mechaniczne zatkanie wielkością guza nowotworowego. Lekarz robi tak zwaną laparotomię zwiadowczą. Czyli otwiera brzuch i śródoperacyjnie ogląda, co tam się dzieje. Niestety zauważa liczne wszczepy nowotworu, na przykład w kreskę jelit. To jest taka błonka, na której są przyczepione wszelkie wewnętrzne organy. Przy operacji wyrostka trzeba odpreparować od tej błonki, po to, żeby go łatwiej odciąć. Jeżeli są już wszczepy, na przykład w otrzewną albo w tkankę tłuszczową, to wiadomo, że wiele nie jesteśmy w stanie zrobić. Są jakieś tam nowoczesne metody takiej chemii celowanej wewnątrz, płukanie chemią i tak dalej, ale to nie na dzisiaj. W każdym razie pacjentka śródoperacyjnie otworzona i zamknięta z ogromną nadzieją. Pani lat 42, która ma małe dzieci i chce żyć, i wierzy, że ta operacja przyniesie jej wyzdrowienie. Ja specjalnie podkręcam klimat, żeby było jeszcze bardziej trudno. Wiecie Państwo, kiedy operacja się uda, to wszyscy skaczą i mówią "Cudownie, udała się wspaniale". Jeśli się nie udała, to lekarz przeważnie chowa się za papiery i mówi "Wie pani co, wyślemy wycinki do histopatologii, poczekamy". Rodzina wpada w przerażenie i mówi "Nie mówimy mamie, bo ona się kompletnie załamie. Ona kompletnie przestanie walczyć i się kompletnie załamie". Ukrywa łzy i mówi "Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze". Pacjentka czuje się po operacji lepiej, brzuch się wzrósł, wychodzi ze szpitala, wszyscy jej mówią, że będzie dobrze. Ona coś podejrzewa albo coś wyczytała w wypisie, ale jednak chce w to wierzyć, więc wypiera wszystkie złe symptomy i uważa, że będzie dobrze. I raz wkręciwszy się w kłamstwo, w chorobie, będziemy się musieli wkręcać w nie w nieskończoność.
I jest pytanie, co powiemy tej samej pacjentce, kiedy jej stan zacznie się pogorszać w takim odpowiedzialnym odruchu. Będziemy mówili, że kolejka się przesuwa, że NFZ nie refunduje chemii, że miała być kolejna operacja, a tu nagle odwołana, bo coś tam, wiecznie coś będziemy musieli wymyślać. I często bywa tak, że np. ja przyjeżdżam już jako hospicjum, moim oklejonym autem do domu pacjentki w hospicjum domowym, rodzina błaga mnie, żebym postawił samochód trzy ulicy dalej, bo mama nic nie wie, że jest chora, nie wie, że jest tak ciężko chora. Ja się zasadniczo na to nigdy nie zgadzam. Jestem tutaj bardzo twardy i mój zespół też jest nauczony bycia twardym, no bo co ja mam powiedzieć, że tak sobie przejeżdżałem i wpadłem, pomyślałem sobie, że tu będzie pani Zosia, na pewno będzie chora. Proszę mi uwierzyć, że jesteśmy idealni, bo wiesz, mamo, bo ksiądz Jan tak tu jeździ, odwiedza i wujek, Kazek powiedział, że jesteś chora i on wpadł i przez przypadek był w Komży z Najświętszym Sakramentem i przygotowany do posługi kapłańskiej. I często bywa tak, że pacjentka coś podejrzewa. Rodzina dokładnie wie, wspólnie wokół siebie tańczą, taki chocholi taniec. Ja przychodzę do pacjentki, ona mówi, proszę księdza, ja wiem, że umieram, ale oni nie wiedzą. Więc to są bardzo poważne sprawy. Moja córka miała zawał, niech ksiądz jej nic nie mówi. I moją rolą jest takie krążenie między kuchnią a pokojem i uzgadnianie prawdy i doprowadzenie do tego, żeby oni pobyli razem, chwycili się za rękę i przede wszystkim byli blisko.
Bo co my możemy zrobić? Możemy w nieskończoność budować nadzieję, tylko że później ten okres już będzie tak krótki, że mówiąc bardzo lepidalnie, ona nam spadnie z pieca na łeb. Wszyscy obiecywali jej zdrowie, wszyscy ją nakręcali, a zwłaszcza jeżeli jest pacjentką młodą albo pacjentem młodym takim jak ja, wszyscy mówili, wyjdziesz z tego, musisz się trzymać, musisz być dzielna. I w pewnym momencie szczególnie młodzi pacjenci, zwłaszcza dzieci i młodzież, a ludzie, ja też się mam za młodego, więc ludzie w moim wieku też, czują się winni, że nie zdrowieją, że powinienem się trzymać, a się nie trzymałem. Czyli ja już jestem, pamiętam takiego młodego ojca, który odchodził, który powiedział, ja już jestem takim dramatycznie złym ojcem, że ja nawet nie potrafię wyzdrowieć.
Moi Państwo, gdyby moje zdrowienie zależało od mojej woli albo nie, to ja bym ten telefon zjadł na waszych oczach, już bym go zaczął chrupać. Pewna pacjentka powiedziała mi, żebym przyszedł do jej najbliższych, którzy wymuszali na niej jedzenie. Kiedy w tych ostatnich dniach, zamiast bycia blisko, wszystko się skupiło na walce o jogurcik, jak ja to nazywam. Ale zjedz, musisz być silniejsza, bo kolejna chemia. Marnowanie wysiłku i czasu poza bliskością na te jogurciki, zupki. I ona wyrzuciła ich na nogi i powiedziała, niech ksiądz do nich zejdzie i niech ksiądz im powie, że ja im na złość nie umieram. Więc wasi najbliżsi wam na złość umierać nie będą. I musimy to wspólnie przyjąć, że po prostu choroby się nam zdarzają. Co ludzie też często nam chorym mówią.
I tu będzie taki humorystyczny akcent. Na przykład, niech ksiądz powie, że z tego wyjdzie. No, mogę powiedzieć, wyjdę. Albo lepsze. Kiedy ksiądz z tego wyjdzie? Chciałem też pokazać, że to jest często wymaganie ode mnie chorego, żebym ja powiedział, kiedy z tego wyjdę. Nie tylko, że pytanie jest durnym i głupim. To jest symptomatyczne, bo pokazuje nasz strach. Czyli udowodnij mi, że ja nigdy nie zachoruję i udowodnij mi, że ja nigdy nie umrę. Bo ja się boję tej śmierci. Tej śmierci, którą ty chory uosabiasz tak naprawdę. Więc ja mówię, no nie wiem, w tym tygodniu jestem jakoś zalatany, ale postaram się w przyszłym. Już jestem potwornie wściekły, jak mi ktoś mówi, niech mi ksiądz powie, że ksiądz z tego wyjdzie. Tak samo jak ludzie mówią, "Książulku, kochany, najważniejsze jest zdrówko". Absolutnie nie. Zdrowie fizyczne, proszę Państwa, wcale nie jest istotne dla nas katolików. Najważniejsze, rzecz jasna, jest zbawienie. Najważniejsze jest, żeby nie stracić życia wiecznego, bo co za korzyść człowiek uzyska, co było chyba we wczorajszej Ewangelii, choćby cały świat zyskał, a na duszy stratę poniesie. I tutaj idziemy w sposób jasny i prosty do kwestii odstąpienia od terapii uporczywej.
Jeżeli mamy pacjentów w stanie, ja nie lubię stanu terminalnego, ale w stanie medycyny paliatywnej, czyli wtedy, kiedy zostało zakończone leczenie przyczynowe, są cztery podstawowe zasady medycyny paliatywnej.
- Pacjent nie może umrzeć z głodu,
- nie może umrzeć z pragnienia,
- nie może umrzeć z bólu
- i nie może świadomie się udusić.
Część będzie musiała się udusić, na przykład w przebiegu nowotworu płuc, ale nigdy nie możemy zrobić tego, żeby on się udusił świadomie. I tu się rozprawmy oczywiście i od tych czterech rzeczy zasadniczo nie można odstąpić, bo to jest terapia paliatywna zawsze obowiązkowa.
Istnieje terapia uporczywa zawsze zakazana, która jest błędem w sztuce lekarskiej. Właściwie się obecnie mówi, że już nie ma terapii uporczywej, tylko jest uporczywość terapeutyczna, czyli takie medyczne znęcanie się nad ciałem i ono jest zawsze aetyczne, jest zawsze potwornym grzechem, bo moi Państwo, dla nas życie biologiczne jest ogromną wartością, ale nie jest wartością bezwzględną. Gdyby tak było, to nie można byłoby odstąpić od leczenia. To by trzeba było jak w krajach islamu albo jak w etyce żydowskiej, na przykład reanimować zawsze i wszędzie. Kodeksy etyki lekarskiej, które nie bardzo się przestrzega, w krajach muzeum męskich mówią, że nie wolno odpuścić nawet momentu życia.
Dalej, bywa tak, istnieje bardzo ciekawa terapia wytrwała. Powiecie, że bardzo bliska eutanazji, zależna od zgody pacjenta. Otóż pani pacjentka ma nowotwór, który nacieka na drogi żółciowe i ma mechaniczną żółtaczkę. Ona jest bardzo nieprzyjemna. I my musimy jej powiedzieć, pani Jolu, możemy zrobić taką operację, że wstawimy protezę dróg żółciowych. Oczywiście trzeba to jej wytłumaczyć. To będzie takie obejście, taka rurka, która spowoduje, że ta żółć odpłynie, bo ona teraz nie może odpłynąć, bo tam jest guz. I to trzeba uczyć lekarzy, ja to uczę co roku na tak zwanym aropagu etycznym, uczyć lekarzy ludzkim językiem mówić. Ale to pani nie wyleczy, ale spowoduje, że pani się będzie lepiej czuła. I ona ma prawo powiedzieć "chcę", bo chcę, czekam na córkę z Ameryki albo cokolwiek innego, na tyle czuję się silna, a ma powiedzieć "dajcie wy mi już wszyscy święty spokój". I w jednym i w drugim przypadku będzie miała do tego prawo.
Zresztą idealnym przykładem, to już pewnie mówiłem, był Jan Paweł II, którego chciano 2 kwietnia podłączyć pod sztuczną nerkę. Można byłoby to zrobić. No co, obchodzilibyśmy śmierć papieża nie 2, a 4 albo 6. Ale w medycynie paliatywnej zawsze pytamy się po co. I dlatego nasi pacjenci muszą być kompetentni, czyli dlatego muszą być poinformowani. Dlatego muszą wiedzieć, co się z nimi dzieje, żeby mogli w sposób odpowiedzialny, kompetentny podjąć decyzję o swoim leczeniu albo o jego zakończeniu. I to przecież nikt Janowi Pawłowi II nie zarzuca, że popełnił samobójstwo.
Dalej. Można przeprowadzić najbliższych w sposób łagodny, ciepły i dobry przez śmierć. Musimy na nowo nauczyć się umierać. Na nowo nauczyć się śmierci. I tu nie odkryję niczego nowego, bo powiem tylko i wyłącznie o takich starych, katolickich, sprawdzonych metodach, jak bycie blisko, trzymanie za rękę. Ja bym strasznie chciał, żeby przy mojej śmierci był ksiądz, najlepiej wierzący. Żebyśmy odmawiali koronkę do Bożego Miłosierdzia, litanię do świętego Józefa, patrona dobrej święci. Powiecie tradycyjny parafialny klecha. Tak, jestem tradycyjnym parafialnym klechą. W ogóle jestem bardzo tradycyjny.
Bo, moi Państwo, znowu wyobraźmy sobie, i to już będzie powoli finał tego, co chcę powiedzieć. Wyobraźmy sobie, że my emocjonalnie Pana Boga nie czujemy. Że tak jak w dzisiejszej Ewangelii, ktoś zabrał nam Pana Młodego. I nie ma tego klimatu. Ja bym mógł Państwa podkręcić, i byśmy zaraz tutaj Pana Boga poczuli. Wygasilibyśmy światła, z choler byśmy poprosili o jakiś klimat. Ja bym powiedział, przyjdź, przybądź, bądź. Manipulowałbym Wami. Mógłbym to zrobić. I zresztą powiem Wam, ja pochodząc z zupełnie laickiej rodziny, zawsze w sposób organiczny denerwowały mnie wszystkie formy propozycji duszpasterskich dla młodzieży w moim wieku, jak bym w liceum. Typu tam wspólnotka, taki prymitywny love bombing. Generalnie jestem brzydki, gruby, mam pryszcze, albo brzydka, gruba, mam pryszcze, nikt mnie nie akceptuje. Chwytamy się za tłuste łapki, dobrze, że jesteś, i jestem w oazie. I przyjdź, Panie, i... I nie po to mówię, żeby kogokolwiek, kto przeszedł oazową formację, poniżać. Ale żeby powiedzieć, że Pan Bóg to jest coś o wiele więcej niż uczucia.
Ja do bliskości z Panem Bogiem z mojego laickiego, wolno-myślicielskiego zupełnie domu doszedłem w taki bardzo, ja zawsze się buntowałem, więc skoro mi wszyscy mówili... Wiecie, co mnie najbardziej znowu denerwowało na tych spotkaniach takich dla młodzieży? Bo mnie moje te grubawe koleżanki ciągnęły. I były zawsze takie sztampowe świadectwa. Byłem zwykłym, prawdziwym, takim typowym katolikiem. Spotkałem wspólnotę X, Y i moje życie się kompletnie zmieniło.
A ja się wściekłem i powiedziałem, że ja będę... ja postaram się zbawić przez bycie zwykłym, spokojnym, parafialnym katolikiem. I zacząłem chodzić do mojego parafialnego kościoła, nie w niedzielę, bo to miałem w nosie, ale w tygodniu. I stawałem sobie gdzieś tam z tyłu i przy całym moim laickim spojrzeniu patrzyłem na księdza, który stał i myślę sobie, przepraszam Was, że albo to są jakieś jedne wielkie jaja, jakiś śmieszny pan, który podnosi andruta śmiesznie ubrana, a wszyscy mówią "Łohoho, święty andrucie", albo coś w tym jest. I oczywiście nie było anioła, który przeleciał i palnął mnie skrzydłem, jak to zwykle. Tylko był taki moment bliskości rozumowej, pewnie bardziej rozumowej niż uczuciowej. Najpierw przez rozum, na szczęście później wpadł mi w ręce jakiś stary mszalik babci, gdzie było po polsku i po łacinie, tam było tak trochę mistycznie, stąd moje przywiązanie do takiej tradycji liturgicznej przedsoborowej i strasznie mnie denerwuje to, o czym mówił Unser Heiliger Vater, umiłowany ojciec Benedykt, że przestawienie księdza w tą stronę to jest błąd liturgiczny, proszę Państwa. Chociażby to widać w kanonie "Czcigodny Ojcze". Kiedy przepis, rubryka, każe nam podnieść oczy ku górze, a dawniej było tak, że ksiądz był odwrócony w drugą stronę, ale to nie tyle ksiądz stał tyłem do ludzi, tylko ksiądz razem z ludźmi patrzyli w jedną stronę. Kościół był ad orientum, kościół orientowany, do trydentu. Od trydentu, moje Państwo, od trydentu, ten symboliczny wschód to był krzyż. Krzyż i sześć świec na tym przedsoborowym ołtarzu. I to nie tyle w ciągu wieków, jak będziecie w Rzymie, w świętej Sebinie, dominikańskiej. [śmiech] To nie tyle, oczywiście ołtarz był odsunięty od ściany, ale ksiądz stał jak gdyby z tamtej strony, lud go otaczał i było tak, że lud go zaczął otaczać aż tutaj, więc lud stał tyłem do księdza, w związku z powyższym przesuwano ten ołtarz coraz bliżej, aż on dotknął ściany.
I po co? Księża bywali niepiśmienni. I bywają, wiem po sobie. Mam dys wszystko. I ten przepis o spojrzeniu na krzyż było po to, bo do odprawienia ważnej mszy świętej była tak zwana wymagana intencja aktualna, nie habitualna, że my sobie wychodzimy i mówimy, że idziemy mszę odprawiać, tylko że on w momencie konsekracji musiał sobie zdawać sprawę, co robi. Dlatego przepis mu kazał, podniósł oczy swoje ku niebu i patrzył na krzyż, żeby sobie uzmysłowił, że to jest ofiara. A teraz ja podnoszę oczy ku niebu, Bogu dzięki, że tutaj patrzę na piękną ikonę, a normalnie patrzę na pana organistę albo na panią z siatką z Lidla na początku kościoła. Co mnie potwornie rozprasza.
Ale co Wam chciałem powiedzieć przez to, że dla mnie to moje umieranie, w którego jestem w trakcie, jest niezwykle związane z Eucharystią. Błagam was, odkryjcie na nowo Komunię Świętą. I tak jak dzisiaj, kontroluję czas, tak jak dzisiaj, mówiłem, gdzieś tam dla tej błoskiej TV, którą prosili mi, żebym zareklamował, dla tej błoskiej TV mówiłem "Drogę Krzyżową". I muszę sobie powiedzieć też, odpowiadając o swojej Drodze Krzyżowej, muszę o niej opowiedzieć sam przed sobą. Ona się dla mnie zaczyna o wiele wcześniej niż ta klasyczna Droga Krzyżowa. Już podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy w nocy zdradza Judasz, a jest noc. Każdy z nas ma prawo do tego, żeby mieć zaćmienie sumienia. Tak jak Judasz. Każdy z nas ma po ludzku prawo zaćmić sumienie i się pomylić. On miał prawo być wściekły, tak jak powiedziałem. Był najinteligentniejszy prawdopodobnie z apostołów. Nie sądzę, żeby go skusiły te paskudne serbniki, ale się dramatycznie, wprawdzie źle, ale dramatycznie szybko zreflektował. O wiele bardziej przerażają mnie w życiu piłaci, w tym ja, wtedy kiedy zaczynam oceniać. Może tak zostałem wychowany. Ja się strasznie bałem biskupów. I to i przyzwoitych, i nieprzyzwoitych. Mam po prostu drżenie przed przełożonymi. Jak mam stanąć przed przełożonym, to mi się nogi uginają. Nie wiem dlaczego. Bo pewnie byłem zawsze świadomy, że właśnie mają władzę. Władzę, którą mogą źle wykorzystać. Ale pewnie wielokrotnie sam jestem i byłem piłatem. Kiedy oceniam pracowników, kiedy ich wyrzucam, mam już krew na rękach. Kiedy postępuję w taki sposób. Sam pewnie wielokrotnie upadłem, zwłaszcza wtedy, kiedy drugiego człowieka wdeptałem w ziemię. Kiedy kimś pogardzałem, bo był inny, bo był dziwny, bo uważałem się za lepszego. Bo uważałem się na przykład, że jestem w jakimś wyjątkowym klimacie religijnym, który daje mi prawo być wyżej, oceniać siebie wyżej niż innych. Dlatego Was także w dominikańskim duszpasterstwie przed tym przestrzegam, żebyśmy nigdy nikim z inną pobożnością przede wszystkim nie pogardzali.
Dalej. Z szat odarty byłem wtedy, kiedy po raz pierwszy, przepraszam za dosłowność, musieli mi włożyć pieluchę i musiałem z niej skorzystać. Na szczęście jeszcze nie byłem przybity do krzyża w ten sposób, że jakoś potwornie cierpiałem fizycznie. Ale mam nadzieję i Pana Boga błagam, żebym potrafił to przeżyć w sposób godny. Ksiądz Tischner powiedział, że cierpienie nie uszlachetnia, a potem powiedział w kolejnej swojej książce, zresztą ostatniej takiej wypowiedzi już nie jego, "Myślenie według miłości", że nie jest istotne jak, ale jest istotne z kim przeżywasz cierpienie. Więc ja mam nadzieję, że Państwo, jeżeli będziecie pracować nad relacjami z Waszymi najbliższymi, będziecie ćwiczyć bliskość i że mi także będzie dane przeżyć to moje przeżycie, przebicie do krzyża w sposób godny. Mam nadzieję, że z moimi najbliższymi, mam nadzieję, że nie w samotności i mam nadzieję, że przede wszystkim z Chrystusem. Mam nadzieję, że będzie mi dane, jestem miękka faja, już mi się głos trzęsie, mam nadzieję, że będzie mi dane najświętszą ofiarę odprawiać do samej śmierci. Mam nadzieję, że Pan Bóg w tym momencie mnie nie zostawi samego, chociaż nie zawsze go czuję, chociaż miewam potworne wątpliwości.
Chciałbym także wierzyć mocno, że kiedy zostanę złożony w ramiona matki mojej, którą strasznie kocham, ale także matki rozumianej szerzej, jako moich najbliższych, których muszę przez moją własną śmierć przenieść, to że będę na tyle otwarty, że się komuś oddam, że będę w stanie docenić przyjaźń, bliskość, tą przyjaźń, którą mam teraz, którą mam podczas choroby i mam nadzieję, będę miał do samego końca. I mam na końcu nadzieję, że jeżeli złożą mnie do grobu, to nie stracę nadziei, że nie jestem tylko białkiem, że po tamtej stronie będę miał swoją pamięć, tożsamość, że Pan Bóg nie dokona labotomi mózgu, jak mówią niektórzy teologowie, czyli wytnie pewną wrażliwość, że nie będę musiał cierpieć z powodu tego, że moi najbliżsi są na przykład, na przykład nie zasłużyli na zbawienie. Mam nadzieję, że Pan Bóg przez swoje wielkie miłosierdzie ze mną, grzesznikiem i z moimi najbliższymi jakoś sobie poradzi.
I mam nadzieję, że w tym ostatnim momencie na tyle będę miał wyćwiczone sumienie, tak jak też o to Państwu proszę, żebyście także jak bliskość ćwiczyli swoje sumienie, jak mięsień, żeby wtedy, kiedy przyjdzie ogromna pokusa, zwątpić czy nie, być przyzwoitym czy draniem, także w Kościele, moi ojcowie. Kiedy przyjdzie ogromna pukusa, żeby nasze sumienie było silne jak mięsień, żeby zareagowało w sposób właściwy, a Was bardzo proszę o modlitwę. Nie chcę się wzruszać, ale proszę Was o modlitwę, żebym, jak będę konał, żebym się tak biologicznie, kurczowo tego życia nie trzymał, żebym umiał odstąpić w moim przypadku od terapii uporczywej, żebym nie zmuszał moich najbliższych, żeby na przykład mnie nie reanimowali tylko po to, żeby mi połamać żebra, żebym nie zmuszał moich najbliższych, żeby mnie wysyłali na jakieś durne chemie do Chin, żebym miał na tyle klasy, żebym się od tego biologicznego życia po prostu odczepił.
Jeżeli mam umrzeć, to żebym umarł. Jeżeli mam wyzdrowieć, a jestem otwarty na cud, to żebym wyzdrowiał. Jeżeli to Panu Bogu przyniesie jakąkolwiek chwałę, to żebym tymi łapami machał dopóki mogę, bo to ostatnia rzecz, którą też chcę może trochę jako świadectwo powiedzieć. Dlaczego ja tak wariuję? Dlaczego nie odpoczywam? I to nie jest wcale moje bohaterstwo. To jest mój zupełnie świadomy wybór. Postanowiłem sobie, ponieważ ja Panu Bogu niewiele mogę ofiarować. Nie jestem zakonnikiem, nie jestem ubogi, nie przysięgałem czystości i celibat oczywiście zachowuję. Nie przysięgałem czystości i ubóstwa w sensie zakonnym, ale ja w środku chcę być mistykiem. W środku chcę być zakonnikiem. W środku chcę siebie i swoje karpaństwo w pełni ofiarować. Dlatego jedyne, co mogę Panu Bogu ofiarować, to mój czas. Jedyne, co mogę ofiarować, to moją prywatność. Dlatego wywlekam sobie specjalnie flaki po to, żeby nie mieć nic prywatnego. Żeby być własnością publiczną. Robię to zupełnie świadomie po to, nawet za cenę skrócenia mojego życia. Bo ja chcę do końca, godnie i z klasą. Amen.