Przełącz menu
Przełącz menu użytkownika
Nie jesteś zalogowany
Twój adres IP będzie publicznie widoczny, jeśli dokonasz jakichkolwiek zmian.

Dzień 2: Pan Bóg nas kocha

Ks. Jan Kaczkowski / Dzień 2: Pan Bóg nas kocha
Z WiedzaJKP

Moi Państwo, wróćmy do tego wczorajszego pytania o sumienie. Do tego momentu, w którym musimy sobie stanąć w ogromnej prawdzie, czy słyszeliśmy ten trzask jego łamania, czy zwłaszcza wobec drugiego człowieka, zachowaliśmy się kiedyś w sposób haniebny.

Jak mówiłem, jeśli nie, to tylko Bogu uchwała. Jeśli tak, to należy do tego momentu powrócić i spróbować go uleczyć.

Więcej. Mówiłem wczoraj o Piłacie. Ja, wbrew pozorom, tak po ludzku, bardziej jestem w stanie zrozumieć Judasza. On był wściekły. On był zawiedziony. On z całą swoją galilejską, no właśnie gorącą głową zdradził Chrystusa. A Piłat to wszystko zrobił na zimno. Mimo, że postępowanie zupełnie inaczej tak naprawdę niewiele by go kosztowało. Jasne, że był zagrożony przez swoją korporację, czyli przez swojego Piłata. Nie Piłata, tylko przecież był podpadnięty u cesarza i tak dalej. Ale oni we dwójkę mieli szansę. Ten wybór, o którym dzisiaj słyszeliśmy. Kładę przed Tobą życie i śmierć, szczęście i nieszczęście.

Są takie sytuacje, kiedy mamy wybór, a są takie sytuacje, kiedy wyboru nie mamy i za zrastaną sytuację na przykład oskarżamy Pana Boga. I taką sytuacją jest choroba nowotworowa. Bywa.

Otóż, rozprawmy się raz na zawsze z tym mitem, który gdzieś z tyłu głowy jest w nas, że Pan Bóg jest tak naprawdę paskudnym starcem. Ja specjalnie przeginam i specjalnie trywializuję. Paskudnym starcem, który siedzi na chmurze i tak naprawdę nas nienawidzi. I mówi "A Ciebie, Kowalski, nie lubię. Twoja gęba mi się nie podoba. Będziesz miał nowotwór". Tak to dokładnie nie działa. Absolutnie.

Czy myślicie, że Pan Bóg ma cokolwiek wspólnego z mutacją komórki nowotworowej? Dokładnie pamiętacie Państwo z biologii, jak to się dzieje. Każdego dnia mamy szansę mniej więcej każdej doby trzy razy zachorować na nowotwór. Że się tego nowotworu osobiście uczepie, że tak powiem. Następuje tak zwana karcynogeneza, czyli tworzenie nowotworu. Myjoza, mytoza, replikacja kodu DNA, podział komórki. Na prawidłową albo błędną. I na szczęście nasz system immunologiczny wyłapuje te mutacje i je niszczy. W ciągu doby, tak jak powiedziałem, mniej więcej trzy razy. Bywa tak, że zaczyna się mylić. I zaczyna tą komórkę traktować jako najlepszego gościa. I zaczyna ją namnażać. Ona ma szybszy metabolizm, zatem szybciej się namnaża, ale też szybciej umiera. Stąd też mamy takie tak zwane ropienie wewnątrznowotworowe, ale to nie jest lekcja biologii.

W każdym razie nie sądzę, żeby Pan Bóg miał coś z tym wspólnego, poza tym, że tak nas zaplanował jako biologię, że jesteśmy po prostu maszyną, która się musi jakoś zepsuć. I wtedy mamy tak zwany nowotwór in situ. Jeżeli są lekarze, niech mnie poprawiają. In situ, czyli taki, można powiedzieć, w zarodku. On w pewnym momencie otrzymuje własne ukrwienie, patologiczne własne ukrwienie, a ponieważ te komórki odznaczają się tak zwaną adehplazją, czyli nie przylegają do siebie tak jak zdrowe, łatwo się od siebie odrywają i te oderwane komórki, które wędrują po całym organizmie, to są po prostu przerzuty. No i gdzie tu Pan Bóg? Poza tym, że tak nas biologicznie zaplanował, jak sobie z tym poradzić? To jest dramatycznie trudne, ale trzeba zrobić matematyczne założenie.

Pan Bóg chce dla mnie dobrze. Zawsze. Bezwzględnie. Pan Bóg jest wierny.

Wtedy, kiedy jestem piękny, młody i bogaty, ale także wtedy, kiedy z tego piękny, młody i bogaty pozostało tylko "i". [śmiech publiczności] To jest koszmarnie trudne założenie, dlatego, ponieważ nasze emocje szaleją. No na coś się musimy wściec. Ale łatwiej wściec się na Pana Boga.

Powiedzcie to chorym, zwłaszcza też w kontekście tej Ewangelii, którą chcę zinterpretować przewrotnie.

Niech każdy bierze swój krzyż i niech go naśladuje. I już widzę, i tu... [dźwięk telefonu] O, to nie ja. [śmiech publiczności] Niech każdy bierze swój krzyż i mnie naśladuje. I tutaj uderzę we własne środowisko i już widzę opasłych kaznodziei, nie patrzę na nikogo, [śmiech publiczności] którzy mówią jeszcze takim kaznodziejskim tonem "Złącz swe cierpienie z cierpieniem Chrystusa". Kto ich tak uczy mówić, to ja nie wiem, po pierwsze. A po drugie, co do sensu, ja to rozumiem. A co do istoty, chcę mi się powiedzieć, groby pobielane, zresztą w wielu innych kwestiach, nakładacie ciężar nie do uniesienia, a sami palcem ruszyć ich nie chcecie.

Nie wolno mówić, że Pan Bóg chce cierpienia. Nie sądzę jako ksiądz i jako bioetyk, że Panu Bogu stwarza niezwykłą, jakąś sadystyczną przyjemność, kiedy Jego ukochane dzieci boli. Dlatego z bólem trzeba walczyć. Po to nam dał właśnie rozum i sumienie i medycynę, że zasadniczo, jak sobie łamiemy nogę, no to bierzemy środki przeciwbólowe i walczymy z bólem, z cierpieniem, leczymy się, a nie łączymy swe cierpienie z cierpieniem Chrystusa. Co wcale nie oznacza, że przy byle dyskomforcie powinniśmy się znieczulać. To jest zupełnie inna kwestia.

Ale czasami taka diagnoza, która dla niektórych jest pałą w łeb, w wypadku jednostki może prowadzić do rozpaczy, a w wypadku społeczeństw może także prowadzić do rozpaczy i na przykład doprowadzić ich do wniosku, że jedynym sposobem rozwiązania problemu cierpienia to jest eutanazja.

I dlatego dzisiaj bioetycznie chciałem powiedzieć, dlaczego my jako katolicy sprzeciwiamy się eutanazji.

I specjalnie nie będę używał argumentów teologicznych, bo musimy się przygotować, zwłaszcza wy, duszpasterstwo dominikanów, czyli jakby nie było elita, i nie mówię tego z przekąsem, tylko naprawdę, od was, proszę państwa, od was świeckich będzie się wymagało w najbliższym czasie dyskusji, a nie wojny ideologicznej ze zwolennikami eutanazji. Prędzej czy później tego typu myślenie do nas wejdzie, jeżeli już nie wchodzi. Żebyśmy my mieli szansę w sposób realny podjąć tą dyskusję, to sami sobie musimy odpowiedzieć na te pytania i sami musimy być pewni, że jesteśmy przeciwko eutanazji jako sposobowi rozwiązywania problemu cierpienia.

Będę was prowokował jako laicki, niewierzący, nazwijmy to, porpagator eutanazji. I pytał się. Jak możecie mówić katolicy o miłosiernym Bogu i o wolności człowieka, i o wolności sumienia, którzy macie pełne usta, o godności osoby ludzkiej, skoro każecie innym umierać w cierpieniu i nie pozwalacie im wybrać momentu własnego odejścia, nie pozwalacie im, żeby dać im zastrzyk, po których spokojnie odpłyną w niebyt. I błagam, nie używajcie argumentów teologicznych, że Pan Bóg zakazuje, że jest przekazanie "nie zabijaj", bo ja Pana Boga nie uznaję.

Jak przekonać tych, którzy są zwolennikami eutanazji, nie okładając ich krzyżem po głowie i nie budując kolejnej wojny ideologicznej, tylko próbując wyjść z jednego założenia, że i my, i oni chcą dla ludzi ciężko chorych dobrze. Bo jeżeli znowu się podzielimy na nas, wspaniałych katolików w oblężonej twierdzy, nieskazitelni, a tam są gdzieś ci oni, którzy chcą mordować staruszków, to się nigdy nie dogadamy.

Otóż, gdzie istnieje różnica między nami? W tym osławionym, o którym mówię od początku, sumieniu. Ta różnica jest tylko w tym, że oni w sumieniu zgodzili się na tą niegodziwą procedurę. A dlaczego niegodziwą? To w sensie dosłownym za chwilę postaram się wyjaśnić.

Są trzy grupy argumentów, dlaczego jesteśmy przeciwko eutanazji.

Pierwszy to z grupy argumentów filozoficznych. Jeżeli wprowadzimy eutanazję, to prędzej czy później zaczniemy oceniać życie ludzkie przez pryzmat jego jakości, a nie świętości.

Bo, moi państwo, gdzie my mamy problem z życiem? Bioetycznie. Tam, gdzie ono obiektywnie jest najsłabsze. Albo na przykład, kiedy się jeszcze nie narodziło i nie jest w stanie domagać się własnych praw, albo jest na tyle małe lub na tyle chore, na tyle nieporadne, że nie jest w stanie domagać się własnych praw, albo u końca życia, tam gdzie jest słabe, nieprzytomne i potwornie chore.

A my mówimy, żadna osoba ludzka nie musi udowadniać drugiej osobie ludzkiej, że ją jeszcze jest.

Chcę powiedzieć przez to tyle, że kategoria osoba jest szersza niż kategoria człowiek. To znaczy, można być osobą, a jeszcze nie być człowiekiem, ale nie można być człowiekiem i nie być osobą. Jak to wyjaśnić praktycznie na przykładzie? Nikt z nas, katolickich bioletyków, to się nam czasem zarzuca, nie twierdzi, że embryon w stadium blastocysty, czyli tuż po zaplemieniu i zapornieniu, kiedy się zaczął nam narzeć i dzielić, jest człowiekiem. To nie jest człowiek. To nie jest... To jest blastocysta. To jest rzeczywiście zlepek komórek. Ale my uznajemy, że poprzez osobność genetyczną, i jeszcze kilka innych cech, o których Wam tu nie będę mówił, a ja tak lubię tą bioetykę, powiedziałbym Wam chętnie.

My uważamy, że chociażby przez tą osobność genetyczną, to, że jest zupełnie różne od organizmu matki i ojca, to, że gdybyśmy złapali dąbrówkę... Już mówiąc, ja przerażam, że trochę mówię jak do gimnazjalistów czy do licealistów, bo ja całe życie uczyłem w liceum i gimnazjum. Nie w gimnazjum na szczęście, nie. Może to jest złe, może to są oczywistości. Że gdybyśmy złapali ta osobność genetyczna, gdybyśmy złapali dombrówkę, która była uprzejma w akcie małżeńskim współżyć z Mieszkiem I i wyciągnęli blastocystę z jej narządów rodnych i wyjęli jedną komórkę, zamrozili, nawet nie wyjęli, przetrzymali w ciepłym azocie do dzisiaj i odmrozili dzisiaj, to byśmy mieli oryginalnego Bolesława Chrobrego.

I to jest dla mnie argument, który jest niezwykle przekonujący. Co jest jeszcze ciekawsze, mówimy, że embryon w stanie blastocysty embronowi przysługuje godność osoby. I myśmy siedzieli na uniwersytecie w takim pseudo-katedra bioetyki i żeśmy próbowali właśnie rozkminić, dlaczego nie ma, a dlaczego przysługuje. A no dlatego, ponieważ do siódmego dnia do podziału na enzo, mezo i ektodermy może podzielić się samodzielnie na bliźniaki jednojojowe, co też znamy z polityki na przykład. [śmiech]

I, a ponieważ osoba jest niepodzielna, czyli Kościół się bardzo mocno nad tym zastanowił i powiedział, że posiada godność osoby, a później no osoba jest niepodzielna, czyli ten embron, te dwa osobne embrony osobno wszczepione w płodną ścianę endometrium są osobami. Tak samo na końcu życia, żeby nie odpłynąć i dążyć do puenty z tą naszą eutanazją, są bioetycy laicy, na przykład taki profesor Szawarski w Warszawie, który mówi, z którym zawsze dyskutuję, który mówi, że osoby w stanie głębokiej komy to już nie są osoby, to są byłe organizmy ludzkie. One utraciły osobowość. To są ludzie, nie, on nie mówi, że to są ludzie, on znaczy mówi, że to są były organizmy ludzkie, że to są były osoby, a my mówimy, nie można być byłą osobą, dokładnie tak samo, jak nie można być podosobą, bo dokładnie Państwo czują, czym to pachnie.

Dopracujemy się wtedy prędzej czy później jakiegoś, nie zawaham się powiedzieć, eugenicznego faszyzmu. Znowu będziemy oceniać, kto ma prawo do życia, kto nie. I osoby będą musiały udowadniać na gruncie filozoficznym, ja jeszcze jestem przydatny, ja jeszcze mam prawo do życia, ja jeszcze jestem, jakby to ująć, może nie tyle opłacalny, ale spełniam kryteria osoby. Nikt nie musi udowadniać, dopóki nie obumrze, dawniej się mówiło pień mózgu, a teraz mówimy dopóki nie obumrze mózg i wtedy ustępuje obowiązek terapeutyczny, nikt nie musi udowadniać, choćby był głęboko nieprzytomny.

Nikt nie musi udowadniać, że jest osobą, bo nawet bioetyka się zmienia.

Jeszcze niedawno mówiliśmy o stanie wegetatywnym, teraz się od tego odchodzi, bo stan wegetatywny sugerował, że ktoś może być jak roślina, wegetować. To jest bardzo brzydkie, nigdy o nikim nie wolno mówić, że jest rośliną.

Obecnie mówi się o stanie minimalnej albo nieustalonej świadomości, bo tak naprawdę nigdy nie wiemy habitualnie, czyli w środku, gdzie to człowieczeństwo się tli.

Dwa, szybko muszę spojrzeć na zegarek, żebyście to nie uciekli. Ma dla mnie medyczne, super istotne argumenty, że jeżeli wprowadzimy eutanazję, to doprowadzimy lekarza jedynie do roli wykonawcy zleceń, który tą samą wiedzą będzie leczył, a tą samą wiedzą będzie unicestwiał. To widać dokładnie na początku życia, kiedy możemy robić operację na otwartym sercu płodu i go ratować wewnątrzmacicznie i możemy ten płód niszczyć. I dokładnie tak samo możemy w perspektywie hospicyjnej podnosić jakość życia w takim typowym rozumieniu medycznym "quality of life" i je wydłużać. Oczywiście te dwa wektory prędzej czy później wejdą ze sobą w konflikt i to jest kolejna grupa przeciekawych, biotycznych tematów, co jest ważniejsze, przedłużanie czy podnoszenie jakości. Co za cenę czego. Ale medycyna zwariuje, będzie tylko lekarz, przy całym szacunku do szewców, będzie tylko i wyłącznie wykonawcą zlecenia, jakimś technikiem.

I dla mnie koronny argument, nikt nam wtedy nie zarzuci, że mówimy tak dlatego, bo jesteśmy obmierzłymi, staromodnymi, zmanipulowanymi katolami. Otóż, że medycyna zacznie się degradować. Gdybyśmy się przenieśli do tej nieodległej Holandii i wrócili do tych ludzi, którzy w sumieniu zgodzili się na eutanazję. To są przeważnie lekarze rodzinni, którzy są bardzo kulturalnymi ludźmi. Ja z nimi wielokrotnie dyskutowałem. Oni po prostu uważają, że to jest słuszne. I co się dzieje? Często o wiele bardziej oddany pomagają swoim pacjentom, niż nawet nasi lekarze. Mają więcej czasu, służba zdrowia jest o wiele bardziej doinwestowana. No wiadomo o co chodzi. Są często bardzo blisko z tymi swoimi pacjentami.

I wyobraźcie sobie Państwo takiego lekarza, który pomaga z otwartym sercem swojemu pacjentowi. Na pewnym etapie dostrzega brak swoich możliwości. Zaczyna mu brakować wiedzy, możliwości, umiejętności. I wpada w przerażenie, bo każdy człowiek, który widzi człowieka cierpiącego poza jakimś potworem, chce mu pomóc. I mówi - nie potrafię ci inaczej pomóc. Jedyne, co ci mogę zaproponować, to jest eutanazja. I czuje się zwolniony z poszukiwania dalszych rozwiązań. A muszę to powiedzieć z ogromną odpowiedzialnością, że o ile jeszcze kilkanaście lat temu tego procentu nieuleczalnego bólu, czy trudno kontrolowalnego bólu było strasznie dużo, a to nie tylko ból, także uporczywy wmioty, uporczywy świąd i wiele innych paskudnych objawów, to obecnie jesteśmy w stanie kontrolować niemal 99,9% tych złych objawów. I robimy to w sposób zupełnie skuteczny. Zatem eutanazja nie jest alternatywą dla cierpienia. Zresztą nie można walczyć z cierpieniem, eliminując podmioty cierpienia, czyli ludzi cierpiących. Jest to wprawdzie dość skuteczne, no ale... ale nie do końca wydaje się logiczne.


Moi Państwo, ja dzisiaj Ojcu Pawłowi zapowiedziałem, że dzisiaj będzie ciut dłużej, bo się muszę bioetycznie wyeksploatować. Moi Państwo, jak sobie radzić, może teraz bardziej praktycznie, w sytuacjach, kiedy przyjdzie na nas, czy na naszych najbliższych, ciężka i nieuleczalna choroba. Tak zwana etyczna kwestia prawdy przy łóżku chorego. To znaczy, mówić czy nie mówić.

Zasadniczo zawsze mówić. Uważamy, ja uważam, i generalnie współcześnie w medycynie się uważa, że człowiek ma prawo do prawdy. Są tylko pewne grupy ludzi, które się same pozbawiły prawa do prawdy przez swój niegodziwy zamiar. Na przykład wszyscy zbrodniarze, hitlerowcy szukający Żydów. Już nie chcę Wam robić wykładu o prawdzie. Prawda, "Veritas es adequatio rei cum intellectus" Prawda jest zgodnością rzeczy poznanych z rozumem. Czyli na przykład, widzimy zegarek, to jest zegarek, mamy pojęcie zegarka, jest kompatybilność, to jest prawda.

I znowu, pojęcie prawda, to jest pojęcie faktyczne, a pojęcie kłamstwo, to jest kategoria moralna. To jest kategoria faktyczna, prawda, a kłamstwo to jest moralna. Można powiedzieć nieprawdę i nie skłamać. Na przykład wtedy, kiedy się pomyliliśmy, albo wtedy, kiedy ktoś pozbawił się prawa do prawdy i my to rozsądnie przewidujemy. Hitlerowcy szukają Żydów w piwnicy, my ich tam chowamy. My mówimy, że ich tam nie ma, a są, czyli mówimy nieprawdę, ale nie kłamiemy, no bo podejrzewamy, że mają niegodziwy zamiar.

Jest pytanie etyczne. Czy chory będący w stanie choroby terminalnej, w jakimkolwiek momencie swojej choroby, pytając o nią, ma niegodziwy zamiar? Wydaje się, że nie. Po to, żeby był w stanie podjąć w sposób mądry, etyczny, także to o czym mówiliśmy wczoraj, decyzję, chodzimy co do testamentu życia. Musi wiedzieć, ale trzeba mu powiedzieć tak, żeby go prawdą nie zabić. Czyli przede wszystkim trzeba przy nich być. Być to znaczy kochać, przytulać się, być super blisko. Dlatego, jak wczoraj was namawiałem do tego, żebyście byli, weszli we własne sumienie i zobaczyli, czy nikogo w relacjach, zwłaszcza w relacjach nie skrzywdziliście w sposób taki specjalny, to dzisiaj was będę namawiał, żebyście się przytulali do waszych najbliższych.

I powiecie, wystartował ksiądz z wysokiej półki, tutaj eutanazja, nie wiadomo, filozofia, a finał jest taki, że trzeba się przytulać. Tak. Finał jest taki, że trzeba się przytulać. Że nie ma nic piękniejszego między ludźmi, którzy się kochają, poza przytulaniem. Że nie ma nic cudowniejszego, jeżeli możemy powiedzieć "kocham Cię i jestem blisko". Ale, bo mamy taką pokusę, kiedy ktoś jest mocno chory, żeby powiedzieć "nie bój się, wyjdziesz z tego". "Weź spokój, wyjdziesz z tego. Trzymaj się, musisz się trzymać, na pewno z tego wyjdziesz". Zapytacie się, "a co ksiądz sugerujesz? Będzie źle? Dramat, amen?". Nie. Ale nasi chorzy nie potrzebują pocieszactwa. I mówię to też po sobie. Nie potrzebują tej mantry, która jest czasem zagadywaniem naszego strachu. Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze. A co mu powiemy, jak będzie źle? Co mu powiemy, jak jest na dwoje, babka wróżyła? Co mu powiemy w nowotworze trzustki, które potwory nieźle rokuje? Albo co mu powiemy w nowotworze glejaka, który tak naprawdę rokuje też okropnie? 32 miesiące, najdłuższe przeżycia opisane w medycynie. Ja już 21. Nie wyglądam na gościa, który miałby się jakoś tam zwinąć jutro, raczej. Ale jestem świadomy upływającego czasu.

W każdym razie, mówienie "będzie dobrze" albo mówienie "ja mu tego nie powiem", znowu, "jak ja mu to przekażę", jest bywa egoizmem. Bo my mówimy "ja, ja, ja, ja się boję". Nasi chorzy o wiele bardziej potrzebują innego przekazu. Nie bój się. Jestem przy Tobie. Kocham Cię. Będę z Tobą i nigdy Ciebie nie zostawię. Ale żeby mieć siłę do robienia czegoś takiego, to trzeba to ćwiczyć przez całe życie. Trzeba po prostu ćwiczyć bliskość i ćwiczyć i walczyć o relacje. Nawet, a może szczególnie wtedy, kiedy relacje się posypały. To jest nasz głęboko człowieczy i ludzki obowiązek. Może nawet nie tyle obowiązek, ile powinność. Ja wolę słowo "powinność" od obowiązku, bo powinność to jest coś, co wypływa z naszego wnętrza. Obowiązek bywa narzucony z zewnątrz. Powinność walki o relacje, zwłaszcza wtedy, kiedy nam się przydarzyła tak zwana "patchwork family" albo, no wiecie Państwo, te rodziny na nowo poszywane. Po francusku się mówi "familie recomposée". Podobno w aglomeracji paryskiej aż 80% takich rodzin to są te "familie recomposée". W każdym razie rozwód nigdy nie zwalnia nas z obowiązku walki o relacje. I może być tak, że osoba z którą zupełnie nie jesteśmy związani z krwią jest nam najbliższa. Dlatego błagam, walczcie o relacje.

Ćwiczcie mięsień bliskości. Po co? Po to, żeby wtedy, kiedy przyjdzie jakaś potworna informacja, a prędzej czy później przyjdzie. Bo ja nie odkryję Ameryki, że wszyscy umrzemy. I to nie dlatego, żeby was tak po kościelnemu straszyć. Pamiętaj, że jest śmierć. To jest tak oczywiste, jak to, że tutaj stoję. Ale musimy się na trudne momenty w życiu przygotować. Poprzez ćwiczenie.

Ja uwielbiam porównywanie bliskości do mięśnia, które musimy ćwiczyć na trudne momenty. Informacja o wypadku, informacja o ciężkim i niepomyślnym rozpoznaniu prędzej czy później do nas przyjdzie. Jeżeli nie będzie wyćwiczona bliskość, to wasza rodzina się rozpryśnie jak kryształ na miliony kawałków. Ale jeżeli będzie wyćwiczona bliskość, to będzie strasznie. Będzie potwornie trudno. Popłyną łzy. Łez nie trzeba hamować, bo łzy to nie jest krwotok. Krwotok trzeba natychmiast zahamować. A łzy niech sobie płyną, bo wychodzą z nas te złe emocje. Ale jeżeli będziecie blisko, jeżeli nauczycie się bliskości, to to was ochroni. Wypracuje w was pewien automatyzm bycia blisko. Żebyśmy też to mogli robić, i tu muszę jakoś umiejętnie znowu wpleść ten wątek marketingowy, to tak wam strasznie dziękuję za tą zbiórkę, którą robicie na hospicjum. I przysięgam wam nie po to, żeby uprawiać brazylijski serial, że jestem biedny i zaraz umrę, ale przysięgam wam, że mam mało czasu i że tych pieniędzy nie ukradnę, a zrobię wszystko, żeby ich nie zmarnować. Przysięgam, jak tu stoję, na własne sumienie i bardzo proszę o wielkie zaufanie. Bardzo proszę, dzisiaj będą rozstawieni panowie przy wyjściu i będą insertowali wam ulotki na 1%. Ja kocham polskie państwo i jestem zasadniczo patriotą, ale jeśli idzie o podatki, to nie do końca mu ufam. I proszę też bardzo o ten przekaz 1%. Jak podejrzewacie, nie jestem z opcji Radia Maryja, ale trzeba... To nie jest moja wrażliwość, nie to, żebym kogokolwiek atakował, ale trzeba uczyć się także od najlepszych i oni zawsze mówią, nawet najmniejsze kwoty w przelewach są bardzo skuteczne i to polecam, bo sam, że tak powiem po kaszubsku, mam zrobiony taki przelew z mojego konta na moje hospicjum w ramach składki członkowskiej i to naprawdę działa. Gdybyście nam pomogli, to byśmy nie musieli domykać tego naszego budżetu na żyletki.

Ostatnia rzecz dzisiaj, którą powiem, to jest taka, że możecie się zdziwić, że ksiądz żyjący w celibacie mówi o bliskości. Tak. To jest coś, czego mi najbardziej w celibacie brakuje. To, że nie mam dzieci, a przysięgam, że nie mam, a bardzo bym chciał, patrzę na ojca Szymona, minę ma taką niepewną, ale niezwykle się lubię przytulać. Tego mi gdzieś potwornie brakuje. Niestety to, każde przytulanie teraz, ono się konotuje seksualnie. Ale czy nie możemy nauczyć się bliskości? Czy nie możemy nauczyć się wsparcia? Przysięgam wam, mi jako choremu najwięcej daje takiego poczucia bezpieczeństwa no właśnie to, że mam ze sobą najbliższych, że czuję się kochany, czuję się nieopuszczony, czuję się zaopiekowany. A dlaczego w chorobie tak się zachowuję, jak się zachowuję i inne kwestie w następnym odcinku, czyli jutro. Amen.