Przełącz menu
Przełącz menu użytkownika
Nie jesteś zalogowany
Twój adres IP będzie publicznie widoczny, jeśli dokonasz jakichkolwiek zmian.

Dzień 1: Każdy chce być zauważony

Ks. Jan Kaczkowski / Dzień 1: Każdy chce być zauważony
Z WiedzaJKP

To pierwsze czytanie mówiło, że mamy rozdzierać serce.

Zatem do pracy, moi Państwo. Rozdzierajmy nasze serca, czyli tak naprawdę wniknijmy w nasze sumienia.

Ja znowu nie kokietując, przysięgam, że nie będę Was kokietował, ale ja bardzo lubię to młodzieżowe słowo "rozkminiać". "Rozkminić" to znaczy wniknąć w samą głębię i rozpoznać, co jest prawdziwe.

Dlatego skoro pierwsze czytanie nam mówiło o sercu jako o sumieniu, a Ewangelia mówiła o tym, że to wszystko ma się dziać w ukryciu, czyli także w nas, czyli że zewnętrznie mamy się nie zmieniać, a w środku, znaczy zewnętrznie namaścić sobie głowę, a to wszystko ma się gdzieś tam w tym naszym najbardziej intymnym jestestwie dokonać, no to idźmy w tą stronę.

Ja z powołania jestem księdzem, z wykształcenia jestem bio-etykiem, a z zawodu jestem dyrektorem hospicjum, a przez chwilę pewnie.

W każdym razie to mi każe zadawać pytania często. Czym człowiek różni się od białka? Ja na pamięć znam proces umierania. Wdech, wydech, wdech, wydech, przeważnie wdech bez wydechu. Wcale nie wydajemy ostatniego tchnienia, tylko bierzemy ostatni wdech.

I przysięgam, że miewam wątpliwości, a może to jest tylko białko, może to jest tylko ubranko.

Rzadko kiedy jednakowoż definiujemy siebie jako najwyższą formę inteligencji czy funkcjonowania białka, jako najbardziej inteligentny z białek. I to, co nas od reszty białek odróżnia, to jest właśnie fenomen sumienia. On jest niezwykły, ja go, można powiedzieć, uwielbiam, chociaż uwielbiać się powinno tylko Pana Boga.

Ale rzeczywiście sumienie jako zjawisko jest czymś dla mnie, no w ogóle, przerastającym.

Czy my umiemy, czy potrafimy się skonfrontować z własnym sumieniem.

A u początku Wielkiego Postu, kiedy przeglądałem sobie Drogę Krzyżową, niezwykle uderzył mnie, uderzyła mnie, zawsze mnie zresztą uderza, postać Piłata. Człowiek, który miał wszelkie możliwości, żeby postąpić zgodnie z własnym sumieniem. Mógł być inteligentny, miał władzę, czyli posługiwał się rozumem, mógł posłużyć się sumieniem, miał dobre podpowiedzi, choćby ze strony swojej żony, a jednak tego nie uczynił.

I też myślałem sobie, ile razy w życiu ja stanąłem przed różnego rodzaju Piłatami i przysięgam Wam, że nie mówię to dlatego, bo jestem sfrustrowanym księdzem, tylko że przeważnie byli to Piłaci kościelni, Piłaci korporacyjni, bo niestety nasz Kościół często w wymiarze instytucjonalnym działa jak korporacja i wielokrotnie, nawet ze względu na to, że jak to mówili w seminarium "skanuję Ewangelię", czyli czytam z bliska, wielokrotnie byłem poddawany różnym trybunałom. I ja sobie doskonale zdawałem z tego, że oni mieli władzę nade mną. I właściwie jednym do góry, jednym w dół mogli z moim życiem zrobić wszystko.

I na szczęście w końcu, w pewnym momencie przyszła do mnie choroba. I to mówię zupełnie szczerze, na szczęście przyszła choroba, bo ona wyzwoliła mnie ze strachu, z lęku, z jakiegoś takiego potwornego...

Myślę, że ja bym był częścią takiej przemielającej wszystkich korporacji, gdyby nie ta moja choroba. Gdyby nie było tak, że w końcu, myślę, że za przyczyną także Jerzego Popiełuszki, który mówił, że największą tragedią człowieka jest strach i lęk, który go paraliżuje, zwłaszcza moralnie i który w pewnym momencie swojego życia znalazł się w takiej sytuacji, że bardziej cierpiał od wierzących, czy nawet od hierarchii, niż od zewnętrznych ludzi.

Ja pamiętam kiedyś, przepraszam, że tak trochę skaczę po wątkach, ale pamiętam kiedyś takiego bardzo mądrego rekolekcjonistę, który powiedział w seminarium, że o wiele łatwiej jest cierpieć za Kościół, a o wiele trudniej od Kościoła. I ja niestety tego gdzieś tam doświadczyłem.

I był taki moment, że ten mój Kościół, który kocham, to jest mój Kościół, który kocham, mocno wierzę i wyznaję, że w Kościele katolickim trwa, jest i istnieje Chrystus i wszystko, i specjalnie używam tej starej formy, co Kościół Święty, Matka Nasza, naucza za prawdziwe, uznaję.

Ale mam prawo, także jako wolny człowiek, mieć różne zdania, różną ekspresję i tak dalej. I był taki moment, że ten mój kochany Kościół w wymiarze gdańskim jeździł po mnie jak walec. Już nie będę opowiadał szczegółów, bo znowu wyjdę na frustrata.

I w pewnym momencie pomyślałem sobie - Jerzy, wyzwól mnie z tego potwornego strachu.

Bo wiecie, moi państwo, to jest tak, każdy ma jakieś kompleksy, każdy by chciał być zauważony, to jest takie ludzkie, takie naturalne, takie zwykłe.

I tu nagle paniczny strach, bo telefony w nocy, bo przekleństwa przez telefon, my ciebie, zrobimy z tobą to i tamto. I ja się strasznie prosiłem w takim - Jerzy, wyzwól mnie z tego strachu. I przychodzi jeden z ważniejszych dni mojego życia, kiedy okazuje się, że mam glejaka czwartego stopnia, jeden z najbardziej hardkorowych nowotworów, jaki sobie można wyobrazić. I oczywiście to był proces, ale po pewnym momencie myślałem - Jerzy, ale nie... Kiedy to ze mnie zeszło, mówię - Jerzy, no nie z takiej grubej rury. Nie tak ostro, no to teraz mnie z tego wyciągaj.

Ale to mi dało niezwykłą wolność. Wolność w wypowiadaniu się. Ja nie wiem, czy ja byłem tchórzem, tak jak Piłat wcześniej. Wolność w ocenie, ale także wolność w wierności. I wolność także w wierności własnemu sumieniu.

I to jest pytanie, które dzisiaj na wieczór chciałem wszystkim wam zadać.

Ponieważ w katolicyzmie sumienie jest najwyższą normą moralności, także wtedy, kiedy błądzi niepokonalnie. O tym będziemy trochę mówili jutro. I jutro będziemy także mówili o takich bardzo skomplikowanych bioetycznych sprawach związanych z cierpieniem. Ja tylko tak zanęcam temat.

Musimy zastanowić się nad naszymi sumieniami dzisiejszego wieczora i o to bym was bardzo mocno prosił.

Czy macie w sobie tyle siły, żeby zejść na samo dno własnego sumienia i wszystko bardzo dokładnie ponazywać?

Bo moi państwo, jeżeli myślimy sobie o zaświatach czy o sądzie, który się nad nami dokona, to mój ty smutku, przestańmy go sobie antropomorfyzować jako jakiś banalny trybunał.

Ja myślę sobie tak, że stajemy tam wobec światła. Oczywiście, żeby nie popełnić błędu teologicznego i nie być posądzony o flirty z buddyzmem, to światła osobowego, które nas przenika. I to nie tyle Bóg wydaje o nas sąd, ile nasze sumienie prześwietlone światłem prawdy, miłości, dobra, piękna, tych wszystkich tak zwanych transcendentaliów, widzi nasze sumienie, czy przez wybory fundamentalne i te zwykłe codzienne do Boga pasuje i to jest zbawienie. I wtedy ten przerost szczęścia, tak mam nadzieję, nastąpi w sposób geometryczny, znaczy 2, 4, 16, 32, 64 i tak dalej. Albo odczytujemy siebie jako tak dramatyczną ciemność, jako tak dramatyczną pustkę, która zionie ciemnością, taką wielką dysproporcję różnicy wobec światła, że sami chcemy się schować i zapadamy się znowu w nicość, w ciemność, w nienawiść, przede wszystkim w samotność.

Pamiętacie tą piosenkę "Wiesz, mamo, wyobraziłem sobie, samotność to taka straszna trwoga. Wiesz, mamo, wyobraziłem sobie, że nie ma Boga". Więc potępienie musi być samotnością i to samotnością niejako z wyboru. I znowu niestety, kiedy odczytuję siebie jako ciemność, to zapadam się w nicość i znowu geometrycznie, bo stan zbawienia i potępienia wcale nie jest statyczny, jakieś banalne, nudne, wieczne śpiewanie "Alleluja" albo osławione kotły ze smołą. Chodzi o pewien dynamiczny stan, znowu w ciemność, 2, 4, 8, 16, aż się boję dalej liczyć.

W każdym razie, czy mamy odwagę dzisiaj stanąć przed takim swoim sumieniem bardzo głębokim? Czy mamy odwagę się z nim skonfrontować? I pozwólcie, że teraz pojawia się pasek z napisem "Audycja zawiera lokowanie produktu", bo ja też nie ukrywam, że ta dzisiejsza Ewangelia mówiła o jałmużnie. I moja obecność tutaj jest także związana z hospicjum, w którym pracuję, którym jest całym moim życiem. I dzięki uprzejmości ojców, Państwo też będziecie mieli szansę się do tego w jałmużnie przyłożyć.

Jałmużna swoją drogą, a ja muszę powiedzieć, że kiedy mnie dopadła ta choroba i byłem wściekły, przysięgam, że byłem wściekły na chorobę, a nie na Pana Boga, o tym będzie jutro, jaka jest różnica między wściekłością na Pana Boga a chorobą, to z takiej bezradności popełniłem taką książeczkę "Szału nie ma jest rak", trochę jej przywiozłem, mój uroczy ojciec będzie na Państwa czekał w pokoiku przy wyjściu. Ja z przyjemnością po mszy świętej dziś, jutro pojutrze te książki podpiszę z jakąś cudowną autografem i też będę Państwu rozdawał ulotki na 1%. Nie bądźcie tacy, podzielcie się. Albo gdybyście byli uprzejmi zrobić stałe zlecenie na koncie. Sorry, jak to mówi pani premier Bieńkowska, no sorry, taki klimat, taka rola. Muszę tak postępować. Koniec reklam, przepraszam.

Ostatnia rzecz, którą dzisiaj chciałem zakończyć, to jest pytanie, czy kiedykolwiek w Twoim albo moim życiu zdarzyło się tak, że w sposób fundamentalny złamałeś własne sumienie?

Doskonale wiemy, tak naprawdę w tym samym środku, co jest dobre, a co złe. Podstawowa zasada prawa naturalnego mówi "dobro czyń, zła unikaj" i uważamy, że wszyscy ludzie, wierzący, niewierzący, to nie ma żadnego znaczenia, tą zasadę wszczepioną w środku mają i tutaj jest możliwe ludzkie porozumienie, ludzka płaszczyzna bliskości. I jeżeli jesteśmy na tyle uczciwi wobec siebie, czy jesteśmy w stanie zejść do samego, na samą dno sumienia i powiedzieć sobie był taki moment, kiedy moje sumienie do czegoś mnie wzywało, mówiło "zrób coś" albo "od czegoś się powstrzymaj", a ja doskonale wiedziałem, że to jest ono.

A tak naprawdę jako katolik doskonale wiedziałem, że jest głos Pana Boga, bo my uważamy, że w sumieniu mówi sam on. I nie oszukujmy się, bo ja siebie też nie potrafię oszukać, chociaż jesteśmy mistrzami w oszukiwaniu własnego sumienia. Że niby je słyszymy, potem się tłumaczymy, że tak naprawdę to nie ono, ale tak naprawdę jak się wsłuchamy w samo sedno naszego człowieczeństwa, w sedno naszej człowieczej jaźni, to wiemy, co jest dobre, a co złe.

Czy był taki moment, kiedy złamałeś własne sumienie i poczułeś "psz"?

U mnie był. Może nie w jakichś takich mega, super ważnych sprawach, ale był. Jeżeli był, to nie panikuj. To spróbuj do tego momentu wrócić i od tego momentu dokonać tzw. sanacji, czyli uleczyć to miejsce. Uleczyć np. relację, którą gdzieś zerwałeś, relację, o której nie zawalczyłeś.

Bo miarą, ja wiem, że to będzie brzmiało jak banał, ale miarą naszego człowieczeństwa jest relacja z drugim człowiekiem. Czy był taki moment, że drugiego człowieka wdeptałem w ziemię? Czy był taki moment, że drugim człowiekiem w sposób fundamentalny pogardziłem, nawet wtedy, kiedy mnie istotnie skrzywdził? Czy był taki moment, że postąpiłem naprawdę podle i doskonale o tym wiedziałem? Czy był taki moment, kiedy byłem wezwany do czegoś szlachetnego i nie zrobiłem tego z czystego ludzkiego egoizmu albo z jakichkolwiek innych powodów? Czy mam dostęp do tej swojej przestrzeni? Więcej.

Jedno z takich dla mnie ważnych zdań w Piśmie Świętym to "słudzy nieużyteczni jesteśmy. Wykonaliśmy wszystko, co powinniśmy byli wykonać". Łaskawi Państwo. To, że jesteście przyzwoitymi, czy że jesteśmy i ja jestem przyzwoitym, że staramy się być przyzwoitymi ludźmi. To, że zasadniczo się nie zabijamy, nie okradamy, co do zasady się nie zdradzamy i próbujemy się nie łajdaczyć, przepraszam za kolokwializm, to jeszcze żadna nasza zasługa.

To, że ja staram się mniej więcej przyzwoicie mówić kazania, to jeszcze żadna moja zasługa.

To, że kochacie swoje dzieci albo kochacie swoich rodziców albo jesteście wierni w związkach, to jeszcze żadna zasługa. Wtedy wychodzimy tylko i wyłącznie na zero. "Słudzy nieużyteczni jesteśmy, wykonaliśmy wszystko, co powinniśmy byli wykonać".

W ostatnim dniu zapytam się, co możemy zrobić, żeby było więcej. Co możemy zrobić, żeby więcej od siebie wymagać.

A ostatni i mój ulubiony fragment z Pisma Świętego to jest "Wszystko, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili". Proszę pamiętać, zwłaszcza, nie chcę się politycznie odnosić, ale zwłaszcza do prawej strony, gdzie jest prawo, do prawej strony sceny politycznej. Proszę o tym pamiętać, że tam nie ma gwiazdki. Chyba, że jesteś inny, chyba, że jesteś dziwny, chyba, że jesteś zupełnie inaczej myślący. Chyba, że cię po prostu nie lubię. Tam naprawdę nie ma żadnej gwiazdki.

Czy był taki moment, kiedy kimś w relacjach rodzinnych, jakiekolwiek innych, pozwoliłem sobie na pogardę?

Znowu, jedna z moich najbardziej ulubionych, takich starych jeszcze, bo ja prawie jak kombatant starych pieśni opozycyjnych, to jest to "Co postanowiłeś Boże, niech się ziści. Niechaj się Twoja wola stanie. Ale chron mnie, Panie, od nienawiści i od pogardy." Zwłaszcza, proszę Państwa, od pogardy innym, dziwnym, innej orientacji, innej wiary. Jakimkolwiek innym człowiekiem chroni mnie, Panie. Amen.